„W duszy śmiertelnika istnieje coś wspaniałego, bez względu na to, czy bogowie chcą o tym wiedzieć czy też nie. Albowiem chociaż cierpienie zdaje się nie mieć końca, nasza zdolność pokonywania go nie zna granic.”
Na dworze mróz, prószy śnieg, ciemno. W ciepłym domu ja, przykryta grubym kocem, popijająca herbatę z aronią i czytająca książkę. Taką książkę jak ta. To coś, co w czytaniu kocham najbardziej. Kilkaset stron, w których zatopienie się jest jak miód dla duszy. Dzięki takim lekturom jak „Dopóki mamy twarze” my dorośli mamy szansę pozostać dziećmi na zawsze. A więc...
Dawno, dawno temu w starożytnej, pogańskiej krainie rządził zły król. Miał trzy córki: jedna była ładna, druga brzydka, trzecia zaś tak piękna, że swym urokiem zjednywała tłumy, doprowadzając jednocześnie do gniewu lokalną boginię Ungit. Gdy na królestwo spada pasmo nieszczęść, żąda ona krwawej ofiary, której poświęcenie zakończyłoby okres niepowodzeń. Śliczna Istra (Psyche) zostaje złożona w ofierze owianej tajemnicą bestii. Jednak to nie ona jest główną bohaterką tego opowiedzianego na nowo mitu o Psyche i Kupidynie. C.S. Lewis na pierwszym planie umieścił jej siostrę, Orual; rozbudował znaną już opowieść o nowe wartości i znaczenia. Dzięki temu stworzył coś świeżego, żywego, a przede wszystkim bardzo wiarygodnego. Czułam się tak, jakby to nie było fantasy, jakby to wszystko wydarzyło się naprawdę.
Często, czytając niektóre książki, myślę, że mają tyle interesujących postaci i wątków, iż można by spokojnie napisać na ich podstawie kolejne dzieła. I tym razem właśnie tak jest. W „Dopóki mamy twarze” to Orual ma swoje „pięć minut”, ona jest narratorem, jej osobę poznajemy najbardziej. Ale mit zawiera więcej postaci, chociażby Lis, mądry Grek, który wiele w życiu widział; oczywiście Psyche, nawet pusta Rediwal ma swój punkt widzenia.
Nam dane jest czytać wspomnienia Orual, które odmalowują portret kobiety o dwóch twarzach. Z jednej strony Orual/Maja - troskliwa, delikatna, szpetna i samotna. Z drugiej strony Królowa - silna, odważna, charyzmatyczna, odgrodzona od swej brzydoty welonem. Ta targana wątpliwościami i emocjami kobieta poddana zostaje niejednej próbie.
„Dopóki mamy twarze” to świetnie napisana historia o ponadczasowym rozdarciu między bezwarunkową wiarą, którą podpowiada serce i wewnętrzna potrzeba, a racjonalizmem i logiką, wszelką wiedzą, która żąda dowodów, odpowiedzi, a w ostateczności oskarża. To także książka o pięknej i czystej miłości, od której jest bardzo cienka granica do miłości zaborczej i pożerającej. Dzięki ukrytym znaczeniom tematów do refleksji jest mnóstwo. A to lubią wszystkie mole książkowe.
„Bogowie nigdy nie wysyłają nam owej zachęty do radosnego uniesienia równie ochoczo i usilnie, jak wówczas gdy szykują nam nowe udręki. Jesteśmy dla nich niczym mydlane bańki, które nadmuchują, aż urosną wielkie, zanim wbiją w nie szpilkę.”
„Czy myślisz, że marzenie nie odczuwałoby nieśmiałości, jeśli ktoś mógłby je zobaczyć na jawie?”
„Czy można odczuwać swoją szpetotę, jeśli serce napotyka taką radość.”