Kilka razy miałam wielką ochotę rzucić tą książką o ścianę i już do niej nie wracać. Tak by się właśnie stało, gdyby nie niezwykły język, którym została napisana. Na skrzydełku książki można przeczytać o Jelinek: „Ona przez język analizuje procesy społeczne, polityczne, np. demaskuje ukrytą zawartość utartych zwrotów czy porzekadeł.” Autorka bawi się słowami, żongluje nimi jak sprawny cyrkowiec i wprawia w zdumienie. Język jest prosty, niby prosty. Pod tą prostotą kryje się wiele znaczeń, ale też policzków zadanych czytelnikowi i społeczeństwu. Ten sam język miejscami bywa obrzydliwy i odpychający. Jest przesiąknięty fizjologią i seksem. Wywołuje smutek oraz zgorszenie.
„Matka i babka, kobieca brygada, stoją z bronią u nogi, aby chronić ją przed myśliwym-mężczyzną czyhającym pod drzwiami, a w razie potrzeby udzielić myśliwemu czynnego ostrzeżenia. Obie starsze panie z zarośniętymi, wyschłymi genitaliami zastępują drogę każdemu mężczyźnie, aby nie mógł dobrać się do ich maleństwa. Nie wolno dopuścić, by maleństwu zaszkodziła miłość, zaszkodziło pożądanie. Kwaso-krzemowo stężałe wargi sromowe obydwu starszych pań kłapią przy akompaniamencie suchego zgrzytu jak szczypce umierającego jelonka rogacza, lecz nic nie wpada w ich macki...”
W jakiś dziwny jednak sposób wciąga dalej i dalej.
„Pianistka” to ciężka lektura, wstrząsająca i poruszająca do głębi. Między innymi dlatego myślę, że mogłaby być zdecydowanie krótsza. Wiele razy wydawało mi się, że czytam ciągle o jednym i tym samym. Bohaterką książki jest dobiegająca czterdziestki Erika, nauczycielka gry na fortepianie, niedoszła sława pianistycznego środowiska, a przez to zakała swojej matki, z którą mieszka. Ale nie tylko, bo także z nią dzieli łoże. Możny by rzec małżeńskie łoże! Erika jest wyjątkową osobą, jej matka również jest niebanalna. Erika jest własnością matki, od której nigdy nie odcięła pępowiny. Eriki matka nigdy by na to nie pozwoliła. Erika nie wie, co to wolność.
Chora relacja matka – córka odmalowana zostaje już na pierwszych stronach, reszta to wwiercanie się w to patologiczne piekiełko. Ich wzajemne uzależnienie, toksyczna miłość, przepełniona nienawiścią, rękoczyny budzą niesmak. Nie mogę uwierzyć, że tacy ludzie istnieją, że matczyna miłość może być tak apodyktyczna, katastrofalna i egoistyczna. A przede wszystkim niebezpieczna, wywołująca autodestrukcyjne zachowania. Zdominowana córka nie może odnaleźć się w relacjach damsko-męskich, jej seksualność, tłumiona całe życie prze matkę, chce wybuchnąć. Z jednej skrajności w drugą.
„Pianistka” to dobitna lekcja – nie wszyscy ludzie powinni mieć dzieci! Czasem wydaje mi się, że powinny być obowiązkowe testy predyspozycji do rodzicielstwa. Jak to jest, że państwo wymaga od obywateli egzaminów na prowadzenie pojazdów mechanicznych, a pozwala złym, nieodpowiedzialnym, nienormalnym ludziom się rozmnażać, by potem wychowywali potworki o okaleczonej duszy?
Film na podstawie książki jest naprawdę, naprawdę dobry. Nie tylko ja go doceniłam, ale także decydenci w konkursach filmowych i publika. Choć z tą - jak wiadomo - różnie bywa, ale to samo dotyczy ocen wobec książki. W jednym i drugim przypadku uderza przytłaczający klimat oraz krzywda i samotność człowieka. Po tak kontrowersyjnej i szokującej lekturze pani Jelinek kolejny raz sięgnę po jej książkę za parę lat. Nie wcześniej.