Osoby, które posiadają telewizor, może się orientują, że w środowe wieczory w Programie I puszczane są od lat filmy z serii „Okruchy życia”. Na zestaw ów dla garkotłuków składają się filmy o równie nieinteresująco brzmiących tytułach: „Mój mąż ma kochankę”, „Dopadło mnie jo-jo”, „Niewdzięczne dziecko”, „Menopauza... i co dalej?”. Wszystkie są do siebie podobne, dosłownie na jedno kopyto, flaki z olejem. „Zbudź się, szkoda dnia”, czyli - jak już się domyślacie - książka, którą wszyscy powinni omijać szerokim łukiem, to idealna podstawa pod scenariusz do „Okruchów życia”. Teraz powinno paść pytanie: To po kiego grzyba to czytałaś? Więc opowiadam: Jak odmówić teściowej, która zachwycona po lekturze wciska taki gniot? Pytanie retoryczne?
Anna Quindlen, jak informuje okładka, jest bestsellerową pisarka amerykańską. Jest nawet laureatką nagrody Pulitzera, tyle tylko, że za cykl felietonów. Dowiedzieć się też można, iż „Zbudź się, szkoda dnia” to uchwycone okiem reporterki społeczne niuanse i zwyczaje Manhattanu. I jest to jedyne zdanie zgodne z prawdą. Albowiem: nie zasmakowałam „dobrej literatury na światowym poziomie”, nie ma „wyrazistej akcji” (no może ostatnie 50 stron z ponad 330), nie ma „pierwszorzędnej prozy”, „humoru gwarantowanego” (dobre sobie!), nie jest to żadne „wybitne pisarskie osiągnięcie”.
Książka opowiada o perypetiach dwóch sióstr po 40-ce. Pierwsza - sławna i bogata prezenterka telewizyjna, druga - w jej cieniu, skromna działaczka społeczna o wielkim sercu. Pierwszej wali się życie, gdy gościa na wizji nazywa „skur.....”, druga ją wspiera. Pierwszą zostawia mąż, druga zaciąża w wieku 43 lat (eh!). Czemu towarzyszy narzekanie na pęd ku karierze, brutalny świat mediów i pieniędzy. Takie tam nudy na pudy w połączeniu z tandetnym moralizowaniem. Wszystko naciągane, przewidywalne aż do bólu i te ciągnące się w nieskończoność, nić niewnoszące dygresje, opowiastki z przeszłości :/
Dawno się tak nie męczyłam nad książką.