“Żaden ogień, żaden niepokalany blask czystości nie dorównuje temu, co człowiek może nagromadzić w głębi swego serca.”
Skonsumowałam, zasmakowałam, polizałam, połknęłam, pochłonęłam, pożarłam z apetytem. Mniam! Nie ważna zarwana noc, podpuchnięte oczy i pąsy na policzkach. Warto było. :) Teraz, gdy już ochłonęłam, zastanawiam się, co w tej książce tak bardzo mnie wciągnęło? Gdybym wcześniej wiedziała, o czym jest, że jakieś tam romanse, damsko-męskie gierki, pewnie mój zapał byłby podświadomie tłumiony. Tymczasem, mając w głowie tabula rasa, byłam jak dziecko prowadzone za rączkę przez narratora. Nie wiedziałam, co mnie czeka, tylko posłusznie, coraz szybciej przewracałam kartki i nie mogłam się doczekać, co będzie dalej. Czułam, że to nie jest kolejna romantyczna historia z banalnym happy endem i pierdzieleniem o motylach w brzuchu. Tylko oryginalne ukazanie miłości jest w stanie mnie zainteresować.
Narrator, jako naoczny świadek, stopniowo buduje napięcie, powoli zdradzając tajemnice swojego dziwnego sąsiada, który ciekawi i intryguje. Kim jest Gatsby? Skąd jego gigantyczna fortuna? Odziedziczył? Czy naprawdę kogoś zabił? Skąd jego potworna rozrzutność? A może, po co?
Gdy dostajemy odpowiedzi na te pytania, okazuje się, jak zawsze, że wszystkiemu winne baby. Ach, te baby! Oczywiście żartuję, bo to nie pierwsza bajka o tym, jak to pani doprowadziła do zguby pana. Ja chyba lubię pastwić się nad głupimi gąskami typu Izabela od Wokulskiego tudzież Dora Dawida Copperfielda.
„Wielki Gatsby” to przede wszystkim bardzo klimatyczna książka, wprowadzająca w charakterystyczne lata 20-te XX wieku w USA. Jeszcze dobitniej można skosztować tej atmosfery w filmie, który dopracowany jest w najdrobniejszych szczegółach do perfekcji. Aktorzy mówią dosłownie te same kwestie, co zdania w książce, otoczeni są tymi samymi rekwizytami, a sceneria to istny majstersztyk. Widoki, budynki, samochody, kostiumy, rozbrykane kobiety, których nogi na parkiecie tworzyły cuda. Słusznie film został obsypany wieloma nagrodami, w tym Oscarami. No i jeszcze jedno, czuć, że maczał w tym palce Francis Ford Coppola.
Niniejszym chciałam poinformować duszyczki, które tu jeszcze zbłądziły, że jest to moja ostatnia recenzja. Od dawna nosiłam się z zamiarem skasowania bloga, który od roku obrasta kurzem wśród moli książkowych, z których zostałam i tak mimowolnie wyrzucona. Nie zniszczę jednak wszystkiego, co dość długo płodziłam. Google sprowadza tu surfujących czytelników, może komuś się przyda moja radosna twórczość.
Nie pojawi się od teraz nic nowego, dlatego, jeżeli ktoś ma mnie jeszcze przypadkiem w linkach, niech mnie z nich wyrzuci. Zostawię sobie ten „mój pokój”, by od czasu do czasu wrzucać okładkę z lakoniczną oceną od 1 do 6 na temat danej książki, może jakieś cytaty. To tak tylko dla mnie, ku pamięci.
PS Naia, przepraszam, że nie wzięłam udziału w Twojej zabawie.

