Dziś mijają dwa lata od mojego pierwszego wpisu. Jestem z siebie bardzo zadowolona, zwłaszcza, że nieraz chciałam przestać pisać i ograniczyć się tylko do czytania. Recenzje początkowo nie były moim zamysłem. Blog miał być tylko moim notatnikiem. Chciałam tu zamieszczać ciekawe cytaty i fragmenty książek. Kiedyś miałam w zwyczaju zakreślać je w książkach, później szukałam tych mądrości, wertowałam, często zapominałam, skąd coś pamiętam. Stąd pomysł, by stworzyć swój własny zbiór złotych myśli. W końcu, po długiej i anonimowej obecności na blogach moli książkowych, zapragnęłam dla siebie "własnego pokoju", który byłby moim azylem i miejscem, gdzie to ja o wszystkim decyduję. Tymi słowy zbliżam się do książki, o której dziś napiszę. Mój pierwszy post dotyczył Virginii Woolf. Dziś też tak będzie. A książka szczególna, gdyż bezpośrednio związana z tytułem mojego bloga.
"Własny pokój" (w oryginale A Room of One's Own) to zbiór esejów, który stanowi studium o twórczości kobiet i o społecznych czynnikach ograniczających ich intelektualną aktywność. Rozprawa ów jest swego rodzaju manifestem, który mógłby być idealną ripostą dla wszystkich niedouczonych krzykaczy, którzy często pytają, gdzie były kobiety, gdy mężczyźni wprawiali w ruch Ziemię, pisali Makbeta, formułowali teorię względności. Ano były tam, gdzie przypisano im miejsce, w kuchni, sypialni lub bawialni. V. Woolf snuje refleksje na temat wielowiekowego podcinania kobietom skrzydeł, czyli wszelakich powodów historycznych lub psychologicznych wykluczających kobiety z wkładu w kulturę. Autorka skupia się przede wszystkim na literaturze. Analizuje znaczną liczbę dzieł literackich autorstwa obu płci pod kątem tematyki dotyczącej kobiet. Co ciekawe, przestrzega przed pisaniem typowo kobiecym lub męskim, a także agresywnym i oskarżycielskim. Każde z nich uważa za ubogie, jedynie androgyniczne połączenie obu pierwiastków - kobiecego i męskiego - jest drogą do sukcesu.
Przesłanie V. Woolf w tej cienkiej książeczce jest ponadczasowe i bardzo budujące.
"Ważne jest tylko, byście pisały to, co chcecie pisać; czy zaś owa ważność przetrwa stulecia, czy tylko kilka godzin, tego nikt Wam nie powie."
"Kiedy więc każę Wam zarabiać pieniądze i zdobyć własny pokój, w istocie proszę Was o to, byście żyły świadome rzeczywistości, a więc wiodły żywot fascynujący, niezależnie od tego, czy uda Wam się przekazać innym jego treść."
Każda z nas potrzebuje własnego pokoju, dosłownie i w przenośni. Pięknie napisała o nim we wstępie Izabela Filipiak: "Własny pokój jest miejscem, do którego się wraca, albo które jak żółw nosi się na własnym grzbiecie... Brak własnego pokoju, pisanie w cudzych pokojach, to szczególny rodzaj bezdomności... Stwarzanie własnego pokoju, owo najbardziej konkretne, jest tym właśnie, aktem twórczym i zarazem najbardziej osobistym... W stwarzaniu własnej przestrzeni wielką rolę odgrywają przedmioty bezużyteczne. Znalezione na ulicy, kupione na domowych "wystawkach", straganach ze starociami, w egzotycznych sklepikach, przywiezione z podróży. Muszle. Kolorowe kamyki, które, jeśli zajrzeć do podręcznika, mają swoją utajoną energię, cichą, ale skuteczną, magiczną moc... Własny pokój to także muzyka. Własny pokój to także ściany, podłoga, okno, sufit. W pewnym sensie własnym pokojem są także ptaki za oknem i dziecko płaczące za ścianą, i odgłosy miłości za ścianą. Własny pokój to także spokój. Nocą najgłębszy, nie do naruszenia."