„W jaki sposób ludzie mogą sami siebie obserwować? Kto w nich patrzy i na kogo patrzy? Które jest naprawdę tym, co się nazywa „ja” – to, które patrzy, czy to które jest obserwowane?”
„Ostatnie historie” to moja druga książka Olgi Tokarczuk i z pewnością nie ostatnia, aczkolwiek zanim zabiorę się za następną, odczekam swoje. Nie była to łatwa lektura, przyjemna też nie do końca. Wprowadziła mnie w dość ponury nastrój, czytałam przygnębiona, choć oczarowana językiem. Czy to dobrze? Chyba o to chodzi w czytaniu, by wzbudzało emocje, zwłaszcza gdy niewiele o nich czytamy na kartach książki. „Gdyby tak można odmłodzić człowieka, jak drzewo. Ściąć z niego złe wspomnienia, zeskrobać cały ból, wszelkie rozczarowania, jak martwą tkankę; poobcinać błędy, głupie decyzje, pomyłki, prześwietlić myśli. I żeby można to było robić po każdej zimie, żeby się w nowy rok wchodziło czystym i niewinnym. Wiadomo przecież – któraś z kolejnych zim nas zabije.” „Zawsze musiało pojawić się coś zaskakującego, nieprzewidywalnego. To w istocie były dwa życia. Jedno – wyobrażenie tego, co ma się zdążyć, jak ma być, wyobrażenie wcale nie fantastyczne, nie wyssane z palca, ale wynik długiej i ciężkiej nauki: studiowanie podręczników, słuchanie opowieści ludzi, oglądanie filmów i dzienników. Tak powinno być, tak dzieje się u innych ludzi, a ponieważ niczym nie różni się od innych, ta wersja powinna dotyczyć także i mnie, jest to wizja już zawczasu przeżyta i zinterpretowana, zrozumiana i włączona do archiwum tego, co nigdy się nie zdarzyło.” „A podróż nie jest linią, która łączy dwa punkty w przestrzeni – to inny wymiar, to stan.” „Wszyscy umrzemy i powinniśmy się na to przygotować, powinniśmy powołać stowarzyszenia wspierające umieranie i ufundować szkoły, aby się tego nauczyć, żeby chociaż ten ostatni raz w życiu nie popełnić już błędu. Należałoby to ćwiczyć na lekcjach wuefu, jak umierać, jak osuwać się łagodnie w ciemność, jak tracić przytomność i jak schludnie wyglądać w trumnie.”
„Ostatnie historie” to swego rodzaju saga. Mamy babkę, córkę i wnuczkę. Każdej poświęcona jest jedna część książki i każda z tych części mogłaby należeć do innej powieści, stąd można by rzec, że to antysaga. Deficyt emocji w „Ostatnich historiach” doskwierał mi najmocniej. Trzy kobiety, trzy pokolenia, krew w krew – niby nierozerwalna więź. Tymczasem okazują się być sobie zupełnie obce, obojętne, beznamiętne. Babka nie kocha córki, ta być może swojej. Wydaje się, że jedynie ostatnia ma szansę skończyć to smutne koło niedostatku rodzicielskiej miłości, może symbolem tego jest w kolejnym pokoleniu chłopiec? Optymizmem jednak nie wieje.
A skoro już o śmierci, która ma być wątkiem przewodnim książki – jestem pozytywnie zaskoczona. Spodziewałam się moralizowania, tymczasem śmierć, z którą się spotykają bohaterki, ma zupełnie inny wymiar. Można do niej podejść nawet z przymrużeniem oka.
„Ostatnie historie” to ciężka lektura, zmuszająca do myślenia i często zmierzenia się z własnymi słabościami i demonami. Warto po nią sięgnąć dla samych mądrości, o:
„Myśl o własnej śmierci jest dobra, cierpko słodka jak młody agrest, jak pierwsze jabłka.”
„Nic nie może się zacząć ani skończyć naprawdę, dopóki kropki nad dniem nie postawi sen.”
„Kto nie widzi szczegółów, nic nie wie. A kto nic nie wie, mimowolnie robi się okrutny.”
„Nie powinno się wierzyć zdjęciom – sugerują, że czas pozbawia ludzi siebie samych, że tnie nasze życie na małe kawałki i maceruje tym samym nasze dusze. Że w ten sposób tracimy siebie część po części. A przecież – tak myślę – dojść do końca jest zebraniem wszystkiego w garść, ujęciem w jedną małą kolekcję chwil życia. Nie żadną stratą, a wręcz przeciwnie – odnalezieniem tego, co wydawało się pogubione.”