„...wojna służy samotnym, a jest istną uciechą dla stukniętych.”
„Nienawiść, tak jak przyjaźń, wymaga czegoś więcej niż fizycznej obecności; wymaga inwencji i usilnych starań, inaczej zwiędnie.”
Przyznam, że gdyby nie nazwisko noblistki, w życiu bym po tę książkę nie sięgnęła. Tytuł, nie tylko dla mnie, wygląda raczej odpychająco, śmierdzi romansidłem lub pseudointelektualnymi wywodami na temat relacji damsko-męskich. Nic bardziej mylnego. Jak już sugerują powyższe cytaty w książce „Miłość” na próżno szukać tego uczucia. A może jednak? Po lekturze wiem, że pozory mogą być bardzo mylące.
„Miłość” to powieść psychologiczno-obyczajowa, z mistrzowsko odmalowanymi portretami bohaterów. Autorka poświęca każdemu „5 minut”, byśmy mogli go poznać i sami ocenić. Początkowo nic nie podpowiada, tylko opowiada. Reszta należy do nas. Na pierwszym planie dwie staruszki – Heed i Christine – zamieszkujące duży, opustoszały dom. Obie zacietrzewione, zgorzkniałe i pałające do siebie niespotykaną nienawiścią. Zdolne wydrapać sobie oczy, złe baby, które doprowadziły do upadku „dobrego człowieka”. Kimże był ten gagatek, niewiniątko?
Początki powieści sięgają czasów przedwojennych. Wtedy to pan Cosey zaczął gromadzić pokaźny majątek. Jako właściciel świetnie prosperującego kurortu nadmorskiego był szanowany, choć przez niektórych znienawidzony. Czarnoskórzy rodacy z niechęcią patrzyli na jego rosnącą potęgę, chociaż niejednemu pomógł bardziej niż powinien. W książce jest też wiele wątków nawiązujących do historii wyzwolenia ludzi czarnej rasy z niewolnictwa w USA i ich dalszej walki o należyte miejsce w społeczeństwie.
Pan Cosey był panem swojego losu. Podstarzałym panem swojego losu. Jego jedna decyzja zaważyła na całym życiu dwóch jedenastoletnich dziewczynek. Zmieniała je w piekiełko. A może one same do tego doprowadziły? Dotąd nierozłączne przyjaciółki wstąpiły na ponad półwieczną drogę wojny. Jedną poślubił, drugą, swoją wnuczkę, usunął ze swego życia. Obie musiały zbyt szybko dojrzeć. Odebrano im dzieciństwo, dom, niewinność. Stały się zazdrosne, zaborcze, chciwe, gotowe do zemsty i walki o swoje. Zalazły za skórę wszystkim, winiąc tylko siebie nawzajem. Po latach, schorowane i jedną nogą w grobie, gdy z kurortu została ruina, dalej toczyły batalię o testament po Cosey’u, który nawet długo po śmierci stał się przyczyną ich zguby.
Powieść „Miłość” to smakowity kąsek, któremu towarzyszy ciągła ciekawość. Autorka powoli rozkłada karty przeszłości, by dobrnąć do ostatecznego punktu w teraźniejszości. Rozpatrywanie motywacji obydwu bohaterek, ich bolączek, dobrych i złych stron, było zajmujące. Szkoda, że to tylko 230 stron.