Czuję się oszukana. Po lekturze „Opowieści Podręcznej” - którą uważam za jedną z najlepszych książek, jakie czytałam - spodziewałam się czegoś więcej. Mamy nazwisko, zachęcający tytuł i przykuwającą uwagę okładkę. Zapowiada się naprawdę ciekawie, tymczasem w środku wieje nudą. Cała ta złudna otoczka to zwykły chwyt marketingowy. Gołe piersi – jak one się mają do treści? Moralny nieład? Phi! Niby gdzie? Jeżeli to ma być moralny nieład, to nie wiem, jak powinna się nazywać „Nana” czy „Nieznośna lekkość bytu”?
Wiem, że jadę po książce jak po łysej kobyle. Może to przez zawód, gdyż nastawiłam się na kolejne arcydzieło. Czy warto czytać? Fani Margaret Atwood, dla których jest ona fascynująca jako zwykły człowiek, nie tylko pisarka, z pewnością znajdą w niej interesujące treści dotyczące prywatnych perypetii autorki. Nie wykluczam jednak, by czytelnicy nie znający twórczości Margaret Atwood polubili tę książkę. Ja jednak jej nie polubiłam.
Bez względu na to, czy jest to autobiografia, czy portret pamięciowy, obraz życia Margaret Atwood kreśli mi się dość ponuro. Miałam przez cały czas wrażenie, że bohaterka jest potwornie nieszczęśliwa. Od pierwszego opowiadania do ostatniego wydaje mi się smutna i zimna. Nawet, gdy sili się na humor, to radość dotyczy bohaterów – zwierząt, nie jej samej. No dobrze, można by powiedzieć, że porusza poważne tematy i kwestie moralne (co do tej moralności, myślę, iż to spore nadużycie słowne). Poznajemy bohaterkę w roli córki, siostry, matki, macochy, kochanki. Każda z nich wiąże się z pewnymi „obciążeniami”, ale dlaczego ja mam wrażenie, że całość to jedna wielka próba szukania akceptacji i zrozumienia wobec jej związku z żonatym (na papierze) facetem? Tłumaczy się z tych grzeszków, jakby całe życie trwała w poczuciu winy, z wyrzutami sumienia.
Czytało mi się bardzo ciężko, mozolnie i niechętnie. Szkoda.