„W niewiedzy, że się istnieje, jest wyzwolenie od czasu i śmierci.”
To moja trzecia książka Olgi Tokarczuk i jak dotąd podoba mi się najbardziej. Jest napisana przystępnym, choć pięknym i bogatym językiem, a samo czytanie sprawiło mi dużą przyjemność. Co nie oznacza, że poruszane tematy można uznać za lekkie czy błahe. Jest wręcz przeciwnie, jak zwykle zresztą u Tokarczuk. Nadal jest sporo miejsca na zadumę, ale mniej smutną, mniej przytłaczającą.
Już na pierwszej stronie dowiadujemy się, czym jest tytułowy Prawiek. Nie jest to pojęcie związane tylko z czasem, to przede wszystkim miejsce, przestrzeń wplątana, złączona z czasem nierozerwalną pępowiną. Prawiek to taka wieś jak tysiące innych, a jednak stanowi środek wszechświata, w którym swój żywot wiodą bohaterowie książki. Ponownie autorka daje się poznać od strony ogromnej wrażliwości historycznej. Czas Prawieku przedstawiony na przestrzeni kilkudziesięciu lat ukazuje losy ludzi po raz kolejny związane z bieżącą polityką, która dzieje się gdzieś w tle, choć warunkuje życie bohaterów. Mamy I i II wojnę światową oraz PRL. A wszystko to odmalowane fragmentarycznie, każdy ma swoje pięć minut, swój czas. A w tych czasach: narodziny i młodość, różne rodzaje miłości i seksualne pokusy, wolność i zniewolenie, strach i ucieczka... To, co sielskie i kojące jest zestawione z tym, co brutalne i obrzydliwe. Bajka może być tylko przez moment. Ale zagłębiamy się w nią poprzez typowe już dla Tokarczuk połączenie świata realnego z fantastycznym, dzięki temu w tym, co rzeczywiste, prawdziwe i oczywiste widzimy to, co niewidzialne, nienamacalne, ezoteryczne, jak czas Boga, anioła lub topielca.
Rzadko kiedy zdarzają się takie perełki. Olga Tokarczuk ma wyjątkowy dar do ujmowania na kilkuset stronach minipigułki życia, czasu, przemijania i śmierci.
„Młodość w swoim natężeniu, w swojej mocy męczy się sobą. Którejś nocy czy któregoś poranka człowiek przechodzi granicę, osiąga swój szczyt i robi pierwszy krok w dół, ku śmierci. Wtedy pojawia się pytanie: czy schodzić dumnie z twarzą zwróconą ku ciemności, czy odwrócić się ku temu, co było, trzymać pozór i udawać, że to nie żądna ciemność, ale tylko światło zgaszono w pokoju.”
„Wyobrażanie sobie jest w gruncie rzeczy stwarzaniem, jest mostem pojednania pomiędzy materią a duchem. Zwłaszcza gdy robi się to często i intensywnie. Wtedy obraz przekształca się w kroplę materii i włącza do przepływów życia. Czasem po drodze coś się w nim zniekształca i zmienia. Wszystkie ludzkie pragnienia zatem, jeżeli są wystarczająco silne, spełniają się. Nie zawsze jednak do końca tak, jak się tego oczekiwało.”