„Zapomnieć i przebaczyć – to jedyna droga uwolnienia się od bólu, chociaż większość ludzi zmieniła kolejność i wóz przebaczenia umieszczali przed koniem zapomnienia, który powinien go ciągnąć. Ale jeśli się postanowi, że się czegoś nie zapomni, że będzie się pamiętało całą grozę jakiegoś czynu, wtedy trzeba by być świętym, aby przebaczyć.”
Jako podlotek, namiętnie rozczytany w Jeżycjadzie, nie raz sięgałam po kryminały. Z biegiem lat moje upodobania poszły w innym kierunku, ale mam wobec podobnych powieści duży sentyment. Wybrałam „To, co ukryte” nie ze względu na autorkę (docenianą szczególnie za oceanem) i nagrody dla niej, ale przez okładkę, która mnie zaintrygowała. Choć słyszałam opinie, że jest okropna :) "Każdy w Baltimore kogoś nienawidził. Biali nienawidzili czarnych. Czarni nienawidzili białych. Ludzie z miasta nie lubili tych z przedmieść. Biedni nienawidzili bogatych. To było miasto, gdzie różnice ścierały się ze sobą, tworząc gryzący pył, równie niebezpieczny jak farba z ołowiem czy azbest. Ale tylko Ronnie i Alice - za młode, aby kogokolwiek nienawidzić - obarczano odpowiedzialnością za te obywatelskie grzechy".
Książka wciągnęła mnie od pierwszych stron, mimo że nie ma zawrotnej akcji. Cała przyjemność polega na zagłębianiu się w tajemnicę, wokół której krążą wszystkie wydarzenia, i która jest zaczątkiem wiszącej w powietrzu kolejnej zbrodni.
Początek jest niewinny. Dwie jedenastoletnie dziewczynki znajdują się w złym miejscu, o złej porze. Pojawia się w ich głowach zła myśl. Odnajdują na swojej drodze wózek z niemowlakiem i postanawiają się nim zaopiekować, skoro rodzice go „opuścili”. W swoich dziecinnych, niepojętych i potwornych czynach gubią całkowicie poczucie rozsądku, co prowadzi do tragedii. Po siedmiu latach spędzonych w domach poprawczych wychodzą na wolność, by zacząć życie, które przekreśliły, zanim się w ogóle na dobre zaczęło. I jak można się domyślać, nie jest to prosta sprawa, mimo anonimowości. Na domiar złego znikają kolejne dziewczynki, a matka zamordowanej Olivii robi wszystko, by znienawidzone dziewczyny płaciły za swoje błędy do końca życia.
Co stało się przed siedmiu laty? Dlaczego? Kto odpowiada za kolejne zaginięcia? Główkowanie nad kolejnymi pytaniami było całkiem przyjemne. Zwłaszcza, że przedstawienie sytuacji z punktu widzenia winnych dziewczyn sprawia, iż czytelnik utożsamia się z nimi, próbuje zrozumieć i może wybaczyć? O dziwo, budzą miejscami więcej współczucia i sympatii niż matka Olivii, która – jako panienka z dobrego domu – okazuje się być snobką i rasistką (czarnoskórą). A może podejrzaną? Zresztą wydaje się, że wszyscy mają coś na sumieniu.
Autorka bogato opisuje myśli bohaterów, ich motywy i interesy. Przez to ów kryminał ma bardzo wiele z powieści psychologicznej. Każdy coś ukrywa, każdy ma pogmatwany życiorys lub popaprany charakter. W wielowarstwowych wątkach pojawiają się także tematy: społecznej obłudy, uprzedzeń i stereotypów oraz rozwarstwienia społecznego.