- Śnisz.
- I co z tego? Co złego w snach?
- Nic... kiedy śpisz.
To mój pierwszy horror i raczej ostatni. Postanowiłam otworzyć klapki na oczach na trochę odmienną literaturę niż do tej pory i... pożałowałam. Wybór padł właśnie na „Dziecko ciemności”, gdyż akcja ma miejsce w Warszawie. Gdyby nie to, plus wątki z polskiej historii oraz dostrzeganie naszych narodowych wad i zalet (choć w sposób nieudolny i często przesadzony), książka byłaby dla mnie totalną miernotą, a może jednak jest?
Rzecz dzieje się w stolicy, w dość krótkim czasie, ale wydarzenia poprzedzające pasmo tajemniczych morderstw sięgają Średniowiecza. Policja odnajduje denaty bez głów lub poszatkowane ciała ofiar, które w żaden sposób nie można ze sobą powiązać. Różnią się płcią, zawodami, wykształceniem, statusem materialnym itd. Zagadkę na własną rękę próbują rozwiązać: młoda i piękna Sarah oraz podstarzały komisarz Rej (mamy też Matejkę i Konopnicką sic!). Oczywiście, bo inaczej być nie mogło, trzeba przebrnąć przez scenę soczystego seksu, którą można by z czystym sumieniem dołączyć do tandetnego pornosa.
Po co czytałam dalej? Ano już tak mam, że jak zacznę, to - choćbym skręcała się ze złości - dokończę czytać. Poza tym, w pewnym momencie zaciekawił mnie motyw historyczny nawiązujący do Powstania Warszawskiego. Okazuje się bowiem, iż ofiary odnajdywane w kanałach, w których – jak wiadomo – poruszali się AK-owcy, są potomkami tychże. Dość interesujący pomysł, miło że angielski pisarz odniósł się do naszych dziejów. Niestety wszystko to odchodzi na dalszy plan przy przytłaczających nieścisłościach i lukach. Wyszedł klops i to mocno niestrawny.
Czytając, odniosłam wrażenie, że to scenariusz do kiepskiego amerykańskiego horroru. Czy macie tak, ze wiele razy zastanawialiście się dlaczego nie zapalają światła, gdy się boją, a gdzieś się szwendają? Dlaczego w ogóle robią te różne niedorzeczne rzeczy? Tutaj młody dziennikarz zapuszcza się w śmierdzący kanał, bo z odległej ulicy słyszy głos przypominający dziecko, ta! Nie ma pomysłu, broni ani instynktu samozachowawczego. No i traci głowę. Innym razem kobieta, zamiast dzwonić na policję, przepędza sprzed drzwi kamienicy dudniącego w nie złoczyńcę. Gdy ten jej robi ultra kuku przez otwór na listy, sąsiad udzielający pierwszej pomocy stwierdza, iż otworzy drzwi i wyjdzie na zewnątrz, by poczekać na karetkę! Kolejna głowa turla się. Później jest jeszcze gorzej, bohaterowie podejmują absurdalne kroki, pojawiają się w miejscach, w których nie powinno ich być, mówią durnoty, że aż krew zalewa, czasami chciałam wyrżnąć książką w ścianę :/
Dawno nie czytałam tak naciąganej akcji. Całość jest niewiarygodna i nieprawdziwa jak twierdzenie autora, że Żwirko i Wigura przelecieli kulę ziemską. Choć świadomość, że Masterton poznał topografię Warszawy i pisał z mapą, jest urocza. Ale to za mało. Usilnie odradzam.